TEST: Alpine A110S 1.8 TCe 292 KM. Jak wspomnienie lata…
Wiele jest samochodów, które wzbudzają emocje. Sęk w tym, że w wielu przypadkach są to emocje negatywne. Obrzydzenie, przerażenie, wstyd, wyobcowanie… Przykładowo jeżdżąc bardzo drogim modelem niemieckiej marki, wręcz słyszę myśli niektórych kierowców: „Skąd ten dzban miał kasę na tę furę?! Pewnie tatuś kupił. Albo ukradł!” Alpine A110S dał mi kilka dni wspaniałych doznań, wytchnienia oraz niezliczoną ilość pozytywnych emocji. To niesamowite auto!
Wiem, że już na początku zdradziłem wszystko i przyznałem, że Alpine A110S to samochód, który sprawił mi mnóstwo radości. Tak, to jedno z najlepszych aut, jakimi jeździłem. Wiem, że jest ciasny, dramatycznie niepraktyczny, wsiadanie i wysiadanie odbiera godność, zaś niektóre elementy znajdziemy w tanich modelach Renault oraz… Dacii. Ale co z tego! Mam to gdzieś, ponieważ…
…to auto jest generatorem pozytywnych emocji!
Nie pamiętam iloma autami jeździłem w przeciągu ostatnich kilku lat. Nie wiem, czy wyliczając, zmieściłbym się w setce. Wiem jednak, że w żadnym, dosłownie – żadnym! – nie doświadczyłem tylu sympatycznych gestów i komentarzy ze strony innych kierowców czy zwykłych przechodniów. Kciuki w górę, uśmiechy, miłe komentarze, zwykłe pozdrowienia itp. Być może po pewnym czasie taki kompletny brak anonimowości stałby się irytujący, ale jeśli ktoś kupuje taki samochód, musi liczyć się z tego typu atrakcjami. Naprawdę, przez kilka dni poczułem, że miłość do motoryzacji może być po prostu przyjemna dla obu stron. Zabrzmi patetycznie – ale ta pasja może łączyć, nie dzielić. W wielu autach, które imponowały mocą, ceną, wyposażeniem i „prestiżem”, czułem się jak głupek, który nie powinien w ogóle siedzieć za kierownicą. Bo przecież jak można posiadać samochód za 400, 500, 700 tysięcy złotych wyglądając (chyba) młodo. No złodziej i oszust jak nic!
A ten niebieski okaz, który brzmi fantastycznie mimo skromnego 1.8 pod maską, jest niski jak płaszczka, mały jak ponton rybacki i spartański jak stróżówka na płatnym parkingu, wzbudzał same pozytywne emocje. Nie jest tani, bowiem w topowej odmianie z „eSką” i kilkoma dodatkami, kosztuje sporo ponad 300 000 złotych. Trzy stówy za skrajnie niepraktyczne auto z elementami z Renault Clio i silnikiem 1.8 TCe! Ale jakże cudowne! Nikt nie skomentował ceny oraz wspomnianych przywar. Wręcz przeciwnie! Doceniał stylistykę, bezkompromisowe podejście i fakt, że to auto zrobili Francuzi. Obstawiam, że gdyby zamiast logo Alpine na aucie były znaczki BMW czy Audi, mało kto zwróciłby na nie uwagę.
Tęsknię za tobą, nie kłamię jak zły!
Parafrazując słowa pewnej piosenki, bardzo tęsknię za tym autem. Akurat test wypadł na jedne z ostatnich naprawdę ciepłych dni minionego lata, więc ta nostalgia i w pewnym sensie smutek, doskwiera jeszcze bardziej. Zresztą dość długo zbierałem się do napisania tego testu i chciałem, żeby nie wyszedł zbyt ckliwie i patetycznie, ale chyba z założeń zostało niewiele. Motoryzacja to moja praca, to fakt, ale również pasja, którą uwielbiam i wiem, że czasami do aut podchodzę zbyt uczuciowo. To niekiedy zaburza zdrowy rozsądek i zimną kalkulację, ale jak mam kalkulować przy Alpine A110S, które w starciu z rozsądkiem i opłacalnością ma niewielkie szanse?
Na szczęście takich aut nie kupuje się zdrowym rozsądkiem, tylko sercem. A to serce musi naprawdę kochać nietypową motoryzację, bowiem w podobnej cenie jest mnóstwo innych, naprawdę ciekawych aut. Czy mając ponad 300 000 złotych wybrałbym francuską propozycję? Oj byłoby mi bardzo ciężko, ale o pieniądzach napiszę za chwilę, bowiem wypada przejść do tego, co najważniejsze, czyli silnika, wrażeń z jazdy, spalania itp.
Piekielnie szybki, głośny i… oszczędny!


W Alpine A110S bardzo spodobała mi się prostota. Zgoda, system info-rozrywki był dramatyczny i po pierwszych próbach jego zrozumienia, po prostu dałem sobie z nim spokój. Interfejs i jego logika to dramat, brakuje łączności z Android Auto czy Apple CarPlay. Poza tym miejsce na odłożenie smartfona wymaga gumowych nadgarstków. Trudno, taka specyfika auta. Ale to nie rodzinny van, żeby wymagać ergonomii. Najważniejsza jest przyjemność z jazdy, taka pierwotna. W standardowym trybie jazdy samochód jest dość łagodny i nadaje się do codziennej eksploatacji. Oczywiście widoczność jest dramatyczna, zwrotność również, ale skrzynia biegów bardzo płynnie zmienia biegi, nie szarpie i jest łagodna nawet w korkach. Silnik 1.8 TCe o mocy 292 KM i momencie obrotowym 320 Nm jest wtedy zaskakująco oszczędny, bowiem w trasie, przy łagodnym traktowaniu, spalał nieco ponad 7 l/100 km. To świetny wynik!

Wystarczy jednak wcisnąć przycisk z napisem SPORT na kierownicy, aby mała niebieska rybka zmieniła się w piranię po kuracji hormonalnej, która przy każdym wdepnięciu w pedał gazu, chciałaby odgryźć kierowcy to i owo. Jest po prostu cudownie i nie będę ukrywał, że często korzystałem z tego trybu. Nawet jadąc do sklepu po bułki. Ot tak, dla zabawy i frajdy! Wtedy układ wydechowy się otwiera i sprawia, że wciśnięcie gazu do oporu rozrywa powietrze przeraźliwym wrzaskiem. Odpuszczenie gazu lub redukcja biegu powoduje, że z wielkiego jak paszcza wydechu wydobywają się mięsiste strzały i pomruki. Wtedy również osiągi wchodzą na najwyższe obroty, bowiem sprint od 0 do 100 km/h zajmuje 4,4 sekundy, a prędkość maksymalna dobija do 260 km/h. Spalanie? Nie pamiętam, nie sprawdzałem! Bo i po co?
Jeśli ktoś zechce naprawdę poszaleć, może przytrzymać przycisk SPORT trochę dłużej, a auto przejdzie w tryb torowy, a wtedy wszystkie elektroniczne kagańce i ograniczenia lądują głęboko w schowku. W mieście? Nie polecam, bo chwila nieuwagi lub mokra nawierzchnia mogą niewprawnego kierowcę wywieźć w pole. Dosłownie. Lekki przód i silnik z tyłu to czasami nieprzewidywalne połączenie. Na torze? Jak najbardziej!
Porozmawiajmy o pieniądzach…
A tutaj rozmowy są trochę trudne, bowiem topowa Alpine A110S to koszt blisko 300 000 złotych. Wystarczy kliknąć w kilka opcji, aby cena podskoczyła znacznie powyżej tych trzech stów. Przykłady najciekawszych i najdroższych opcji niżej:
- Lakier szary Tonnerre matowy – 22140 zł
- Obręcze 18-calowe Fuchs – 4649 zł
- Dach pokryty błyszczącym karbonem – 11070 zł
- System audio Focal Premium – 2583 zł
- Podgrzewane i elektrycznie sterowane lusterka boczne – 2170 zł
- Pakiet schowków – 2170 zł
- Dywaniki – 517 zł
- Czujniki parkowania – 2153 zł
Kilka kliknięć i cena winduje się do ponad 340 000 złotych. Dla porównania podstawowe Porsche Cayman z silnikiem 2.0 o mocy 300 KM kosztuje 248 000 złotych, a za 342 000 złotych mamy 350-konnego Caymana S. Mimo ogromnej sympatii dla Alpine A110S muszę przyznać, że porównanie z Porsche wychodzi mało korzystnie. A przecież jest mnóstwo innych, bardzo ciekawych propozycji na sportowe coupe. Przykład? Ford Mustang Mach 1 z 5-litrowym V8 o mocy 460 KM i 10-biegowym automatem za 293 710 złotych. Wymieniać dalej?
Podsumowanie
Największym problemem Alpine A110S jest to, że nikt nie bierze tego auta na poważnie. Widać to przede wszystkim po wynikach sprzedaży, które są bardzo skromne. Wszystkim się podoba, każdy się zachwyca, ale nikt nie zwraca uwagi na cenę. Nawet, jeśli byłoby to 500 000 złotych, nie wiem, czy ktoś w ogóle by zareagował, bo i tak stojąc przed wyborem, większość wybiera konkurencję. To oczywiście ogromna szkoda, bowiem taki trend sprawia, że przyszłość tego auta stoi pod znakiem zapytania. Jedno jest pewne – wspomnienie tygodnia spędzonego z A110S zostanie ze mną na bardzo długo. Kto wie, może jeszcze będzie mi dane spotkać się z tym francuskim cudeńkiem jeszcze raz…
