Porsche Panamera GTS. W pół do szczęścia!
Porsche, Ferrari, Lamborghini - marki, które oferuje super samochody, za super pieniądze. Jednak pieniądze stają się drugorzędne w chwili, gdy siadamy za kierownicą miejskiego samochodu z 480 konnym silnikiem.
Motoryzacją interesuję się od dziecka. Na plakatach w pokoju gościły Ferrari, Lamborghini, był również Ford GT czy Mustang, ale Porsche nie pamiętam. Ale wtedy byłem dzieckiem i nie wiedziałem, co to Porsche. To dość specyficzna marka, która dla laików wydaje się trochę absurdalna, bowiem kosmiczne niekiedy ceny nie zawsze są widoczne na pierwszy rzut oka. Właśnie! Nie zawsze widać, jak genialne są to auta. Przekonałem się o tym na przykładzie Porsche Panamery GTS.
Już wielokrotnie jeździłem różnymi modelami Porsche, ale do zmanierowania i przyzwyczajenia mi bardzo daleko. Za każdym razem jestem niezwykle zaskoczony tym, co oferują te auta. Ba! Niekiedy to zaskoczenie przekracza granicę i przechodzi w szok. Nie, nie przesadzam, choć wiem, że większości może się to wydać trochę śmieszne. Też tak kiedyś myślałem. „Czym oni się tak zachwycają? Porsche jest fajne, zgoda, ale bez przesady!”. Jak mało wiedziałem…
Gdy pierwszy raz na torze zasiadłem za kierownicą modelu 911 (nie pamiętam dokładnie co to było, ale coś w połowie oferty), niezwykle szybko przekonałem się, gdzie są granice moich możliwości, rozsądku, instynktu samozachowawczego i jak daleko od moich limitów są krańcowe możliwości tego auta. Potem był Cayman, Taycan, niedawno Taycan Cross Turismo. Za każdym razem na torze staram się jechać szybciej, mocniej, ostrzej i za każdym razem auto nawet przez chwilę nie pokaże słabości. Prędzej to ja okażę słabość i po prostu zemdleję. A już raz byłem blisko…
Panamera GTS, czyli w połowie stawki
Wybaczcie przydługi wstęp, ale chciałem mniej więcej naznaczyć tym, którzy nigdy nie mieli okazji przejechać się Porsche, co reprezentują te auta. Są efektowne, wyróżniają się na ulicy, ale nie są tak krzykliwe jak Lamborghini czy Ferrari. Jasne, jak ktoś wybierze 911 GT3 w czerwonym lub żółtym kolorze, może zapomnieć o anonimowości, ale chyba o to mu chodzi. Co innego srebrna Panamera GTS z czarnym wnętrzem. Potrafi nieźle wtopić się w tłum. W końcu srebrna może być Skoda Fabia czy Volkswagen Passat. Czarne wnętrze z częściowo skórzaną i zamszową tapicerką również nie jest szczytem luksusu i w wielu kompaktach lub przedstawicielach segmentu D, możemy taką tapicerkę zamówić. Również odmiana GTS nie jest niczym szczególnym. Jasne, to nie bazowy model, ale do topu jest jeszcze kilka modeli. Sęk w tym, że poszczególne elementy, pojedyncze cechy tego auta, nic nie znaczą. Liczy się całokształt.
Porsche Panamera GTS w podstawowej konfiguracji kosztuje 655 000 złotych. Moja testowa konfiguracja to koszt ponad 900 000 złotych. Blisko 250 000 złotych w dodatkach? Absurd? I właśnie tu pojawia się ta magia Porsche. To, co wyróżnia to auto od innych. Wiadomo, że w segmencie premium dopłaca się za wszystko i to jest w sumie normalne. Każdy, kogo stać na taki samochód, chce go skroić pod siebie. Tak jak dobry garnitur. Chcesz mieć idealny? Idziesz do krawca, który dopasuje najdrobniejszy element, aby leżał doskonale. Nie zależy ci na takiej jakości i szkoda ci kasy – kup garnitur w sieciówce. Większość nie zobaczy różnicy, ale tu chodzi o jakość i to, czego czasami nie widać. A w Porsche wielu rzeczy nie widać. To trzeba poczuć.
Dyskretna siła i poczucie wyższości
Jadąc Porsche Panamerą nigdzie mi się nie spieszyło. Tu niczego nie muszę udowadniać, a jeśli bym miał taki kaprys, większość i tak zostałaby w tyle. Ale po co? Lepiej cieszyć się jazdą w akompaniamencie wspaniałej jednostki napędowej. Pod maską pracował bowiem podwójnie doładowany motor V8 o pojemności 4 litrów i mocy 480 KM. Ta moc wraz z momentem obrotowym 620 Nm trafiała na wszystkie koła za pośrednictwem fenomenalnej przekładni 8-stopniowej PDK. Napęd zdecydowanie faworyzuje tylną oś, dlatego też mimo niezwykle szerokich opon z tyłu – 315 mm – na lekko mokrej nawierzchni, np. przy szybkim włączaniu się do ruchu na skrzyżowaniu, trzeba się pilnować, bo potrafi „zamieść tyłem”. To wszystko oczywiście idealnie wyczuwalne i pod pełną kontrolą, ale niewprawny kierowca może się trochę przestraszyć.
Przerazić może również gwałtowna reakcja na gaz w trybie Sport Plus. Przyspieszenie od 0 do 100 km/h zajmuje 3,9 sekundy. Oczywiście w idealnych warunkach trakcyjnych i w trybie Launch Control, ale nawet zwykły start ze świateł, wydawać by się mogło – spokojny – zazwyczaj oznacza zostawienie wszystkich kierowców hen daleko w tyle. Poza tym jakakolwiek ingerencja w pedał gazu jest uzależniająca – dźwięk tej V8-mki jest piękny. Nie tak brutalny i wulgarny jak kiedyś, nie tak donośny jak w odmianie Turbo S, ale na litość, jak bardzo mi tego brakuje! Testując głównie modele z napędem hybrydowym lub elektrycznym oraz auta, w których silnik o pojemności 1.6 to rzadkość, przesiadka do V8 jest dla miłośnika motoryzacji prawdziwym świętem. Spalanie?
Porsche Panamera GTS - spalanie
No cóż. Różnie bywało. Gdy się postarałem, jadąc z Warszawy do Radomia (ok. 100 km) z prędkościami dopuszczalnymi, udało mi się osiągnąć wynik poniżej 8 l/100 km. W ponad 2-tonowej, 5-metrowej limuzynie z silnikiem 4.0 V8 o mocy 480 KM – to rewelacja! W mieście zejście poniżej 12 l/100 km graniczyło z cudem. Normalna jazda oznaczała spalanie w okolicach 14-15 l/100 km. Kilka żwawszych przyspieszeń, zabawa z redukcjami biegów (też uzależnia), szybsze starty spod świateł – nawet 25 l/100 km. Spalanie zmienia się wprost proporcjonalnie do nastroju kierowcy. Zresztą to auto w ogóle zdaje się zrastać ze swoim właścicielem i synchronizuje się z jego emocjami.
Władca chemicznych synaps
Za każdym razem, gdy miałem przyjemność prowadzić Porsche, odczuwałem jedno – jedność z samochodem. Wiem, że brzmi to nieco buńczucznie i patetycznie, ale coś w tym jest. Jasne, wiąże się to nie tylko Porsche, bo podobnie miałem w wielu innych autach, ale tutaj tyczy się to wszystkich modeli tej marki. Porsche Panamera to duża, luksusowa limuzyna, która ma przede wszystkim w komfortowych warunkach, szybko i sprawnie przewozić kierowcę i pasażerów z punktu A do punktu B. I takie zadania mają wszystkie limuzyny. Ale o ile w Mercedesie klasy E, S, Lexusie LS czy innym aucie tej maści, wolałbym siedzieć na miejscu pasażera, tak w Porsche Panamera nie oddałbym kierownicy za nic w świecie.
Siadasz na fotelu kierowcy, ustawiasz wszystko „pod siebie”, ruszasz i już po kilku metrach czujesz: „To jest to!”. I nie przesadzam. To czuć, auto się słucha, reaguje natychmiast, prowadzi się genialnie i potrafi dopasować się do humoru kierowcy. Czasami po prostu wsiadałem za kierownicę, włączałem ulubioną playlistę (audio Burmester jest genialne!) i snułem się wieczorem ulicami miasta w taksówkarskim tempie. Wystarczyło jednak, abym lekko kopnął pedał gazu, a skrzynia PDK bez zawahania i żadnego szarpnięcia, redukowała o 2-3 biegi i czekała na sygnał do strzału. Wiedziałem, że gdybym znów zdecydowanie położył nogę na pedale gazu, auto wyrwałoby do przodu z pięknym rykiem. Wystarczyło jednak delikatne dotknięcie, a skrzynia znów wróciła na wysoki, komfortowy bieg i pozwalała na dalsze sunięcie sennymi ulicami.
W trybie Sport Plus auto ciągle jest spięte jak postronek. Skrzynia PDK cały czas trzyma dość niski bieg, aby silnik był w optymalnym zakresie obrotów, gwarantujących pełnię mocy na każde zawołanie. Układ wydechowy jest otwarty i zachowuje się jak głodny, zdenerwowany lew – porykuje, parska i daje o sobie znać wszystkim dookoła. Zawieszenie jest sztywne, ale nie zabetonowane. Daje namiastkę komfortu, ale tu kierowca i jego odczucia są najważniejsze – pasażerowie muszą się temu poddać. Układ kierowniczy jest niezwykle czuły i szaleńczo wręcz precyzyjny. Miałem obawy, że podczas długiej trasy będzie męczący i wymagający ciągłej uwagi. Nic z tych rzeczy. Jasne, auto jest bardziej angażujące, niż porównywalne modele w tym segmencie, ale nie każe kierowcy cały czas siedzieć jak na szpilkach. To bardzo miły rodzaj zaangażowania. Po ponad 200-kilometrowej podróży wysiadłem z auta wypoczęty i bardzo usatysfakcjonowany. Systemy wspomagania również działają z odpowiednim opóźnieniem dając kierowcy pole do popisu. Czuwają, wspierają, ale nie wyręczają, a to się zdarza w wielu autach i bardzo tego nie lubię.
Porsche Panamera cena
Jest jednak pewna sprawa. Co prawda cena zaczyna się od 655 000 złotych, ale bez kilku dodatków nie wypada składać zamówienia. Mówię przede wszystkim o PDCC, czyli Porsche Dynamic Chassis Control. W wielkim skrócie, jest to aktywna stabilizacja przechyłów, która ogranicza boczne ruchy nadwozia podczas manewrów na zakrętach. Ma również zdolność łagodzenia bocznej niestabilności pojazdu na nierównych powierzchniach. Innymi słowy, opony i pojazd lepiej trzymają się drogi, a kierowca może szybciej i pewniej pokonywać zakręty. Kosztuje to dodatkowe 24 180 złotych i jest warte każdej złotówki. Ceramiczny układ hamulcowy kosztuje 45 970 złotych i również działa fenomenalnie, ale jeśli ktoś nie zamierza regularnie odwiedzać toru, nie będzie pędził z maksymalnymi prędkościami po niemieckich autostradach, może darować sobie tą pozycję. Cała reszta to kwestia gustu, indywidualnych preferencji i potrzeb, ale PDCC zaznaczyć po prostu trzeba!
Magnum opus?
Czy Porsche Panamera to auto idealne? Czy GTS to najlepszy wariant tego modelu? Jeśli miałbym pozwolić sobie na własną opinię, podpartą rozsądkiem i kalkulacją – tak, to optymalne rozwiązanie. Pod maską genialnie pracujące 4.0 V8. Mocy nie brakuje, ale nie jest to wartość absurdalna. Auto potrafi być względnie oszczędne, jak na swoje parametry. Pomieści cztery osoby i mnóstwo bagażu (495/1334 litry). W opcji jest także wersja z trzema miejscami na kanapie, więc dodatkowy plus na korzyść funkcjonalności. Jakby tego było mało, jest przecież odmiana a’la kombi, czyli Sport Turismo (515/1384 litry). Wyposażenie opcjonalne przyprawia o zawrót głowy nawet najbardziej wymagających malkontentów. Osiągi są ponadprzeciętne – 3,9 sekundy do „setki” i 300 km/h prędkości maksymalnej. Wysoka cena? No przykro mi bardzo, to Porsche!






